21 maja 2017, 15:53 Komentuj (1)

Najtrudniej znów zacząć się układać. Wprawdzie nie od początku, ale to nie ma większego znaczenia, kiedy w ramach cudzych oczekiwań robi się ciasno i duszno, przeszłość uwiera jak niewygodne buty, a codzienność odbiera się jak jeden z tych nieprzyjemnych snów, po którym budzisz się jeszcze bardziej zmęczona, niż zanim położyłaś się spać. Jedyne, co przychodzi do głowy to spacer, przytulenie się do brzozy w środku lasu, trochę łez i trochę głośnych przekleństw, bo wypowiedziane w głowie nie zdejmują z ramion nawet grama ciężaru zmagań. Może też trochę ogólnego smutku i użalania się nad sobą, w końcu kto mi zabroni, dopóki sama nie powiem w końcu: no dobra, już wystarczy. No więc wystarczy, w sumie zawsze byłam fajterką (co za paskudne słowo) i na każde nie dasz rady odpowiadałam: a chcesz się założyć? Teraz zakładam się z samą sobą, w dodatku bardziej ze złości niż z przekory. A może ze zmęczenia, bo w końcu ile można dreptać w miejscu?